expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Obecnie blog przechodzi korekty, w trakcie pisania jest epilog, po którego opublikowaniu blog zostanie oficjalnie zamknięty.

sobota, 24 stycznia 2015

III. Heroiczne czyny, godne mrozu i lodu

Elsa powoli otworzyła oczy i nie mogła uwierzyć we własny wyczyn sprzed kilku sekund. Była oszołomiona, jej bladziuteńkie dłonie właśnie poskromiły najgroźniejszy żywioł, ogień. Jej ciało trzęsło się od nadmiaru emocji i przez moment mogłoby się wydawać, że księżniczka osunie się na ziemię, jednak ona powoli podeszła do pozostałości po drzwiach, które jeszcze niedawno stały w płomieniach, a teraz pokrywał je lód. Drżącymi palcami przesunęła po przejrzystym, błyszczącym wytworze własnych rąk. Zauważyła, że zimno obejmujące opuszki zupełnie jej nie przeszkadzało. Nagle ocknęła się i rozejrzała po korytarzu, na którym zapanowała zupełna cisza.
 – Uciekajcie! – krzyknęła, nie rozumiejąc, dlaczego nikt nie biegnie ku bezpiecznemu dziedzińcu.
Król wstał, wciąż trzymając ciężarną małżonkę w ramionach, którą nie sposób było ocucić. Wraz ze służbą ruszyli ku wolności. Jednak coś zatrzymało władcę Arendelle. Jego ukochana córka stała w miejscu, jakby nie miała zamiaru wyjść z zamku, który nadal trawił ogień.
 – Elso, musimy uciekać! – powiedział stanowczym tonem, łapiąc dziewczynkę za ramię.
Ona jednak zwinnie wywinęła się z uścisku i odwróciła tyłem do wyjścia.
 – Ja nie idę – oznajmiła poważnie, patrząc na ojca znad ramienia. – Wiem, co potrafię, a z pomocą Księżyca na pewno uda mi się ocalić nasz dom – zacisnęła drobną dłoń na koszuli nocnej, w miejscu gdzie biło jej młode, odważne serce.
 – To wariactwo! – krzyknął mężczyzna, jednak księżniczka pozostała w bezruchu. – Nie zdołasz unicestwić takiego żywiołu! Jeśli coś ci się stanie...
 – Kocham was, pamiętajcie o tym – odwróciła się do króla ze łzami w oczach. – Muszę spróbować – dodała szeptem, po czym odgrodziła się od rodziców lodową ścianą, pokazując, że nie zmieni swojej decyzji.
Chwilę patrzyła na zniekształconą przez lód, przerażoną twarz ojca. Kiedy w końcu zrezygnowany władca wyniósł małżonkę na dziedziniec, pobiegła do drzwi sali audiencyjnej i spojrzała na drewniane belki przy suficie pochłaniane przez płomienie.
 – Ja, księżniczka Elsa Luna Klementyna II oświadczam, iż dołożą wszelkich starań, by za pomocą mojego daru pokonać ogień, więc dopomóż mi, potężny Księżycu!
Zebrała w sobie siły i skierowała palce ku szalejącemu żywiołowi. Zacisnęła powieki, wyobrażając sobie, jak lód pokrywa strop. Kiedy otworzyła oczy, jej wyobrażenia stały się prawdą, a jej jasne włosy oprószał drobny śnieg. Wtedy zobaczyła na końcu holu postać w granatowej bluzie, która z zaciętym wyrazem twarzy zamrażała z pomocą zakrzywionego kija płomienie w bocznych korytarzach.
 – Jack! – zawołała i pobiegła w jego kierunku.
Chłopak chwycił ją w ramiona i przytulił mocno do siebie. Dla tej małej istoty pokonał własny strach, przez który miał wrażenie jakby topił się między językami ognia. Dla niej wyprzedził wiatr, byleby tylko ją znaleźć i sprawić, że będzie bezpieczna. Była dla niego jak młodsza siostra Emma, którą kiedyś ocalił od utonięcia, samemu zostając pochłoniętym przez wodę.
 – Jack... – wyszeptała dziewczynka, wtulając twarz w szronowe wzory na ubraniu przyjaciela. – Tak się cieszę, że cię widzę! – po jej policzkach popłynęły łzy szczęścia.
 – Elso, idź w bezpieczne miejsce, ja zajmę się ogniem, dobrze? – powiedział, wstając i uderzając kijem o posadzkę, żeby podkreślić wagę swych słów.
 – Nie zostawię cię! Jesteś moim przyjacielem, a z nimi idzie się wszędzie! – dziewczynka tupnęła nogą i otarła resztki łez. – Przysięgłam sobie chronić zamek.
 – Proszę – wykrztusił Frost, zaskoczony, jak poważne obietnice składa pięciolatka.
Patrzył chwilę i wtedy minął szok, a do białowłosego dotarło, że jego przyjaciółka wygląda zgoła inaczej. Otworzył szerzej oczy z przerażenia, składając pojedyncze wydarzenia w całość scenariusza. To, co stało się w nocy, odbiło piętno na księżniczce, nie tylko zmieniając kolor jej włosów i oczu, ale także obdarzając ją ogromną mocą. Czy będzie ona błogosławieństwem czy też przekleństwem miały określać emocje targające przyszłą królową Arendelle. Po bladym policzku Elsy popłynęła samotna łza, która zamarzła w połowie drogi na ziemię i z cichym brzękiem pękającego kryształu lodu roztrzaskała się. Zapadła cisza i walka na spojrzenia. Jasnowłosa odwróciła się i zaczęła powoli iść do wrót, pokrywając szronem dywan przy stawianiu kolejnych kroków. Strażnik rzucił się do walki z żywiołem, który był jego największym lękiem i słabością. Nagle krzyknął, kiedy płomień osmalił mu rękaw bluzy i poparzył skórę. Czarny ślad na materiale sparaliżował go. Zacisnął palce na lasce, aż zbielały mu kostki, jednak nie poruszył się choćby o milimetr. Czuł coraz większe gorąco, aż stracił kontakt z rzeczywistością, a obraz rozmył się w czarną plamę. Ostatnie, co usłyszał, to swoje imię wołane przez znajomy głos, który uwielbiał.
 – Jack! – Elsa uklękła obok nieprzytomnego przyjaciela, z wysiłkiem odgradzając się lodową ścianą od ognia. – Jack, obudź się, proszę! – szarpała za rękaw jego bluzy, próbując dotrzeć do podświadomości chłopaka.
Jednak on nie otwierał oczu. Zrozpaczona księżniczka chwyciła jego częściowo naruszony przez ogień kij i skierowała ku górze. Czuła zbierające się w niej emocje, złość, rozpacz, nadzieję. Dłoń dziewczynki, którą ściskała laskę drżała, a osmalone drewno powoli pokrywało się szronem. Elsa zacisnęła powieki, a kiedy je rozchyliła, cały zamek pokryty był warstwą lodu, która już powoli zaczynała topnieć. Osunęła się na kolana i zaczęła szlochać, przysuwając się do Frost'a. Dla niego zawróciła, biegła, potykając się o krótkie nóżki, dla niego wciąż próbowała utrzymać się na nogach, pomimo wycieńczenia. Musiała skupić się jeszcze ten jeden, ostatni raz. Popatrzyła na twarz przyjaciela, tak przerażająco zastygłą w spokojnym wyrazie, zupełnie na przekór wydarzeniom. Wyglądał jakby był pogrążony w śnie. Kładąc dłonie na klatce piersiowej Strażnika i wyrównując swój oddech, dobrze wiedziała, co robi. Przemknęło jej przez myśl, że do końca życia będzie musiała dziękować Księżycowi za to, że ją poprowadził. Ostatkami sił zebrała moc w koniuszkach palców i wyobraziła sobie, jak przelewa się ona w serce białowłosego. Po chwili czarne ślady po ogniu zaczęły znikać z jego skóry i włosów. W końcu otworzył szare oczy, w które powracał dawny blask. Patrzył nieco tępo w sufit, a Elsa znużona wysiłkiem opadła na posadzkę, jednak w głębi duszy ciesząc się, że jej przyjaciel jest cały i zdrowy.





[pierwotna wersja napisana przez Vicky, korekta wprowadzona przez Amebę-chan]

II. Niebezpieczeństwa

Białowłosy położył Elsę na swoich kolanach i próbował zahamować płacz. Jednak piekące oczy łzy spływały po jego policzkach i skapywały na twarzyczkę dziewczynki, rozpuszczając majestatyczne wzory ze szronu. W myślach chłopaka trwał wyścig obietnic w zamian za pomoc od Księżyca. Jak mógłby żyć bez swojej małej przyjaciółki, siostry... Po prostu dziecka, które zgodnie ze swoją misją na świecie powinien uszczęśliwiać. Zawiódł, zamiast uśmiechu na ustach księżniczki gościł zimny, nieprzyjazny lód. Co powiedzą jej rodzice, kiedy przyjdą tu porankiem, nie zastając wcześniej Elsy w jej komnacie? Czy on będzie w stanie sobie wybaczyć, pozbawiając świat najdroższej sobie osoby? Całe jego poczucie winy, żal i smutek zebrały się w desperackim krzyku, którego echo poniosły korytarze zamku.
– Nie! Zabierz mnie, ale ona nie może umrzeć! – skierował niebieskie, roziskrzone złudną nadzieją i łzami spojrzenie na widoczny za oknami Księżyc.
Jednak srebrzysta tarcza trwała nieruchomo na swoim miejscu na niebie, jakby tej nocy nie wydarzyło się nic szczególnego. Jack ze zrezygnowaniem przytulił księżniczkę, a gdzieś w jego głowie kołatała myśl, że to ostatnie pożegnanie. Lecz zanim przyjął to do wiadomości, wyczuł delikatne bicie dziecięcego serduszka i płytki, ale regularny oddech. Większej ulgi niż w tamtym momencie nie poczuł nigdy w życiu. Wziął Elsę delikatnie na ręce i ruszył obszernym korytarzem w kierunku niebiesko-różowej komnaty. Ostrożnie przekroczył drzwi, zręcznie wymijając rozrzucone po podłodze szmaciane lalki, drewniane koniki i pluszowe misie. Następczyni tronu zawsze bawiła się do późna, ale niemal nigdy po sobie nie sprzątała, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby, skoro następnego dnia znów zrobi bałagan. Tej dziecięcej tezy nie mogli obalić nawet jej rodzice, uparcie twierdzący, że w nocy zabawki powinny spoczywać w wielkiej skrzyni pod oknem. Frost ułożył księżniczkę w błękitnym łóżku z baldachimem i jedwabną pościelą. Przykrywając ją kołdrą z ludowym, kwiatowym wzorem, zauważył, że lód na jej skórze powoli topnieje. Poczuł lekkie, ale uporczywe ukłucie niepokoju. Niemożliwym było, aby Elsa obudziła się rano tak jak co dzień i zajęła się swoimi sprawami, nie odczuwając konsekwencji zamarznięcia. Jednak białowłosy wiedział, że nie może wiele zwojować, więc postanowił pozostawić ją pod opieką Księżyca. Rzucił małej przyjaciółce, ostatnie tej nocy, długie spojrzenie i wyleciał przez okno. Mimo tego, że ufał srebrzystemu przewodnikowi nocnego nieba, Jack wylądował na drzewie, kilka metrów od kamiennej ściany zamku, aby móc obserwować sytuację. Usiadł na jednej z grubszych gałęzi i czekał, wpatrując się w gwiazdy, aż te zaczęły blednąć na tle pomarańczowego nieba. Wschód słońca i kolejny dzień, który rozpoczął poddenerwowany krzyk królowej Arendelle.
– O mój Boże, moja córeczka!
Księżniczka obudziła się na dźwięk głosu matki i leniwie otworzyła oczy. Spojrzała zaspana na rodzicielkę, jednocześnie próbując sobie przypomnieć, co wydarzyło się w nocy podczas zabawy z Frostem i jak trafiła do swojego pokoju. Nie rozumiała, dlaczego władczyni stała kilka metrów od jej łóżka i patrzyła na nią z przerażeniem w ciemnych oczach, zasłaniając usta dłońmi, jakby coś zmuszało ją do krzyku. Po chwili do komnaty wszedł ojciec Elsy, w pierwszej kolejności kierując się do żony.
– Wszystko w porządku, moja droga? – zapytał z troską w głębokim głosie, nieco zachrypniętym od częstych przemówień. – Nie możesz się denerwować, jesteś w ciąży – odruchowo spojrzał na brzuch kobiety, który był już mocno zaokrąglony.
Za trzy miesiące na świat miał przyjść albo Ludmił Kazimierz Bogumił V, odziedziczając imiona po dziadku, albo Anna Samanta Eryka I. 
– Spójrz na naszą córeczkę – królowa drżącym palcem wskazała księżniczkę, która gramoliła się z pościeli z zamiarem przywitania rodziców ciepłym uściskiem.
Jednak ton głosu matki zatrzymał ją w miejscu. Rodzice patrzyli na nią, jakby była obcym człowiekiem. 
– O-o co chodzi? – spytała przestraszonym głosem, mając ochotę schować się przed ich wzrokiem z powrotem pod kołdrą.
– Elso, coś ty zrobiła? – to była jedyna odpowiedź, jaką dostała od króla.
Następczyni tronu, kierując się przeczuciem, spojrzała w lustro wbudowane w drzwi zdobionej szafy. W jego tafli nie odbijała się drobna szatynka o brązowych oczach, tak jak to być powinno. W szkle stała zdumiona, niebieskooka dziewczynka o bardzo bladej cerze, której fale jasnoblond włosów opadały splątanymi kosmykami na ramiona. Księżniczka poruszyła nerwowo dłonią, sprawdzając czy odbicie na pewno należy do niej. Jednak ono powtórzyło bezbłędnie jej ruch. Gdzieś w głębi serca następczyni tronu podobał się nowy wygląd, ale jednocześnie czuła, że w niekontrolowany sposób odłącza się od rodziny.
– Ja n-nie wiem jak... – wybełkotała, czując na sobie zaniepokojony wzrok rodziców.
Od dalszych wyjaśnień wybawiły ją krzyki pokojówek i wpadnięcie jednej z nich do komnaty. 
– Panie... – oddychała ciężko jak po długim biegu, a w jej oczach malowało się przerażenie, które dostrzegła chyba jedynie Elsa.
– Elizabeth, rozumiem, że to dopiero trzeci dzień twojej pracy tutaj, jednak pukanie do drzwi i opanowanie to podstawy, jeśli chcesz utrzymać posadę – stwierdził spokojnym, ale surowym tonem władca Arendelle.
– Panie, nie ma czasu – młoda kobieta chciała powiedzieć coś więcej, ale zabrakło jej tchu.
– Na naukę zawsze jest czas, więc uspokój się, proszę, a potem wyjaśnij, co się dzieje.
– Pożar, panie! Na zamku wybuchł pożar! – wykrztusiła z trudem, na co twarz króla stężała.
– Wychodzimy, szybko! – zarządził, zwracając się do żony i córki.
Dla księżniczki pocieszeniem w tej okropnej sytuacji było, że sprawa jej przemiany z pewnością została odłożona daleko w czasie. Teraz biegła za rodzicami, przypominając sobie jak kilka godzin temu ślizgała się na łyżwach tym samym korytarzem, którym teraz uciekała. Wtedy śmiała się, a teraz miała tak poważny wyraz twarzy, że nikt nie powiedziałby, że ma zaledwie pięć lat. Mimo młodego wieku rozumiała powagę sytuacji, że może więcej nie zobaczy najlepszego przyjaciela, straci dom... Dziewczynka czuła w koniuszkach palców dziwną energię, która rozchodziła się po całym jej ciele. Za kilka minut miała dowiedzieć się, co ona ze sobą niesie.
– Masz strasznie zimne dłonie, kochanie – szepnęła królowa, kiedy dla dodania otuchy córce i sobie, złapała ją za rękę.
W oczach kobiety można było dostrzec zmęczenie, chroniła nie tylko siebie, ale także dziecko, które nieświadome spoczywało w jej łonie. Przynajmniej ono się nie bało. Portrety przodków spoglądały ponuro na szaleńczą ucieczkę potomnych, wisząc od lat na ścianach. Stare, dębowe drzwi z żelaznymi wzmocnieniami były kilka metrów przed nimi, za zakrętem prowadzącym do głównego korytarza. Minęli go i zatrzymali się w bezruchu. Władczyni Arendelle osunęła się nieprzytomna na ziemię od nadmiaru emocji i stresu. Mąż złapał ją, ręką obejmując jej talię, zanim kobieta uderzyła głową o ziemię i położył głowę ukochanej na kolanach. Elsa wpatrywała się w płonące wyjście, z drzwi zostały już jedynie resztki metalowych okuć. Płomienie zaczynały pochłaniać czerwony dywan biegnący aż do sali audiencyjnej. 
– To koniec? – rzuciła pytanie jedna z roztrzęsionych służących.
Król w zamyśleniu przyciągnął do siebie córkę, szukając w pamięci najbliższego alternatywnego wyjścia. Jasnowłosa niemal od razu wyrwała się w objęć, zaciskając dłonie w piąstki. Energia w jej ciele pulsowała, ogarniając całe ciało chłodem i poczuciem siły. Wystarczyło uwierzyć w pomoc Księżyca, przecież on był przy ludziach zawsze, nawet jeśli przyćmiony blaskiem Słońca.
– To nie koniec! – z zaciętym wyrazem twarzy tupnęła nogą, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
Gdy drobna stópka dziewczynki dotknęła ziemi, wypłynął spod niej lód, pokrywając cienką warstwą posadzkę i gasząc języki ognia, które dosięgły dywanu. Elsa, nie zważając na zdumione, a wręcz przerażone spojrzenia wokół siebie, stanęła naprzeciw szalejącego żywiołu ognia i wyciągnęła ręce przed siebie. Chwilę wpatrywała się w swoje palce, skupiając w nich energię. Wierzyła, że prowadzi ją sam Księżyc, kiedy z jej dłoni wystrzelił lód. Zacisnęła oczy, błagając, żeby jej moc okazała się na tyle silna, żeby zamrozić płomienie. Może gdyby Jack jej pomógł... Jednak białowłosy spał w najlepsze na gałęzi drzewa, nieświadomy tego, co się wokół niego działo. Niebezpiecznie przechylał się na prawą stronę, aż w końcu spadł na niższe konary, a następnie zdrowo rąbnął o ziemię. Gdyby nie pomoc wiatru i nieśmiertelność, zapewne skończyłby ze skręconym karkiem. Frosta otrzeźwił dopiero ból w sercu, kiedy ktoś przez niego przeszedł. Skrzywił się z zamiarem obrzucenia śmiałka śniegiem, jednak wygląd postaci przyprawił go o dreszcze rozchodzące się po plecach. Osoba wyglądająca na mężczyznę w młodym wieku, miała na sobie czarny płaszcz, pod szerokim kapturem błyszczały oczy, wyrażające złowrogi triumf. Jack powiódł za tym spojrzeniem, a widok zamroził mu krew w żyłach. Frontowa część zamku płonęła. Tak bardzo obawiał się śmierci Elsy, a stało się coś dużo gorszego. Postać w płaszczu zaśmiała się pod nosem i pobiegła w stronę portu, ale chłopak już nie zwracał na nią uwagi. Wpatrywał się w płomienie jak zahipnotyzowany, a jego przerażone źrenice odbijały je w wielokrotnym pomniejszeniu. W głowie kołatała mu myśl, że powinien lecieć tam i pomóc ludziom w niebezpieczeństwie, ale nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Bardziej niż ognia białowłosy bał się tylko nieprzeniknionych wód jezior. Biernie patrzył, jak języki ognia dosięgają drewnianych dachówek. Po Arendelle niosły się krzyki mieszczan, którzy rozpaczliwie biegali z wiadrami pełnymi wody.
– Wybacz, mała – to były jedyne słowa, które cichym i rozpaczliwym szeptem przebiły się przez jego strach.
Chciał uciec jak najdalej od pomarańczowego blasku. Jednak coś nie pozwalało mu uciec. Za bardzo martwił się o Elsę, by stchórzyć i odlecieć. Jak mógłby jej to zrobić?





[rozdział i jego korekta napisana przez Amebę-chan]

czwartek, 8 stycznia 2015

I. Wypadek

– Berek, ty gonisz, Jack! Ha, nie złapiesz mnie, ślamazaro! – w pustych pokojach norweskiego Arendelle od ścian echem odbijał się dziewczęcy głos.
Po śliskiej powierzchni podłogi pokrytej cienkim lodem sunęła na łyżwach para największych urwisów jakich widział świat. Księżniczka Arendelle, Elsa Luna Klementyna II oraz... hm, po prostu Jack Frost. Może jednak nie tak po prostu, to był Wielki Jack Frost, zabawne dziecko Księżyca. Chłopak pomimo, że miał za sobą ponad trzysta lat, dotknięty mocą srebrnego przyjaciela całkiem nieźle się trzymał. Co prawda, jego włosy były pobielały, ale poza tym pozostał w ciele siedemnastolatka. Wręcz nienaturalnie chuda sylwetka i ładna, zgrabna twarz dodawały mu uroku. Dziewczynka natomiast była pięcioletnią, chodzącą słodyczą. Jasnobrązowe włosy okalające drobną, bladą twarzyczkę i duże, brązowe oczy niejednego by powaliły. Elsa zazwyczaj nosiła warkocz, żeby kosmyki nie wpadały się w oczy, lecz tej nocy Jack wyrwał ją ze snu, tłumacząc, że czuł się samotny, więc co chwila odgarniała je z czoła. Jednak nie przeszkadzało jej to, bo rozumiała Frosta, była jedyną osobą, która go widziała, więc jeśli nie przebywał z nią, był zdany wyłącznie na siebie. Smuciła ją sytuacja przyjaciela, wiele razy proponowała mu pozostanie w zamku. Jednak on za każdym razem kategorycznie odmawiał, tłumacząc, że woli ciszę lasu niż hałas miasta.
– Szybciej, księżniczko dąsalska! – naigrawał się z niej chłopak.
Dziewczynka jak na komendę przystanęła, spojrzała na Jack'a i zmarszczyła brwi, tupiąc drobną nóżką.
– Nie mów do mnie „księżniczko dąsalska”, ja się nie dąsam!
Widząc jej reakcję białowłosy zaśmiał się pod nosem i, nie chcąc popsuć sobie przedniej zabawy, zapytał.
– Aha... To co teraz robisz?
Ten argument zbił z tropu następczynię tronu. Jednak każde dziecko dysponuje magicznym zdaniem, którego używa, gdy dyskusja obraca się na ich niekorzyść.
– Powiem wszystko mamie!
– Nie wolno ci, rozumiesz? – Frost od razu pochylił się nad nią i pogroził jej palcem.
Elsa spojrzała na niego ze strachem. Białowłosy odetchnął głęboko i zanucił kołysankę, którą śpiewał jej do snu co noc.
– Przecież pamiętasz, niech nie wie nikt, nie zdradzaj nic...
– Żadnych uczuć, od teraz tak masz żyć... – dokończyła ze smutkiem. – Jack, przepraszam, ja tylko żartowałam! – zadeklarowała po chwili.
– Nawet ci się udało – oznajmił z uśmiechem, chcąc poprawić jej humor. – A teraz chodź! – chwycił ją za rękę i zaprowadził do obszernej sali tronowej. – To będzie doskonałe miejsce na zabawę! - ruchami dłoni utworzył śnieżkę i rzucił ją pod sufit, gdzie wybuchła jak fajerwerk, sypiąc śniegiem i tworząc piękny, zimowy krajobraz. – Gotowa?
– Aha! – brązowowłosa skinęła głową z podekscytowaniem.
Razem zaczęli lepić bałwany o rozmaitych kształtach, zazwyczaj jednak miały śmiesznie małe głowy i szerokie brzuchy. Elsa, wierząc, że kiedyś śnieżne stworki ożyją, tuliła każdego po kolei. W pewnym momencie Frostowi wydawało się, że usłyszał, jak dziewczynka przemawia do jednego z bałwanków.
– Jesteś śliczny i bardzo cię kocham. Jeśli chcesz, możesz być moim przyjacielem, ale wybacz mi, jeśli czasem będę cię zaniedbywać, gdy będę zajęta zabawą z Jack'iem. Bo wiesz, Dudusiu... On jest dla mnie jak brat!
Chłopak poczuł ciepło rozlewające się po jego ciele, chciał jej podziękować za te słowa, przytulić... I wtedy niechcący dotknął jej głowy koniuszkiem laski. Księżniczka wyprostowała się nienaturalnie i uniosła parę centymetrów nad ziemię jak opętańcy w drugorzędnym horrorach. Jej włosy stały się jaśniejsze, skóra zbladła jeszcze bardziej, a niebieskie z zimna usta pokryły się szronem. Frost zastygły w przerażeniu patrzył, jak małe ciało uderza z całej siły o posadzkę.
– Elsa! – krzyknął nagle i podbiegł do niej, potykając się o własne nogi. – Elsa, Elsa... – powtarzał jej imię jak mantrę, przyklękając i kładąc jej głowę na kolanach. – Elsa... – wyszeptał ponownie, jakby to miała być litania, pokuta za jej śmierć.
Śmierć? Białowłosy spojrzał na dziewczynkę w swoich ramionach. Nie, ona nie mogła umrzeć, miała dom, rodzinę, była jego siostrą, to się nie mogło dziać naprawdę. Zacisnął powieki i zaczął płakać jak małe dziecko.
– Jack... – miał wrażenie, że słyszy jej cichy głos z oddali nieskończonego korytarza, nie mógł do niej dotrzeć. – Jack.
Otworzył oczy i zobaczył Elsę w łunie księżycowego blasku. Nie umarła. To było coś gorszego od umierania. Ona... Zamarzła.







[pierwotna wersja napisana przez Love Lullaby, korekta wprowadzona przez Amebę-chan]