expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Obecnie blog przechodzi korekty, w trakcie pisania jest epilog, po którego opublikowaniu blog zostanie oficjalnie zamknięty.

sobota, 24 stycznia 2015

II. Niebezpieczeństwa

Białowłosy położył Elsę na swoich kolanach i próbował zahamować płacz. Jednak piekące oczy łzy spływały po jego policzkach i skapywały na twarzyczkę dziewczynki, rozpuszczając majestatyczne wzory ze szronu. W myślach chłopaka trwał wyścig obietnic w zamian za pomoc od Księżyca. Jak mógłby żyć bez swojej małej przyjaciółki, siostry... Po prostu dziecka, które zgodnie ze swoją misją na świecie powinien uszczęśliwiać. Zawiódł, zamiast uśmiechu na ustach księżniczki gościł zimny, nieprzyjazny lód. Co powiedzą jej rodzice, kiedy przyjdą tu porankiem, nie zastając wcześniej Elsy w jej komnacie? Czy on będzie w stanie sobie wybaczyć, pozbawiając świat najdroższej sobie osoby? Całe jego poczucie winy, żal i smutek zebrały się w desperackim krzyku, którego echo poniosły korytarze zamku.
– Nie! Zabierz mnie, ale ona nie może umrzeć! – skierował niebieskie, roziskrzone złudną nadzieją i łzami spojrzenie na widoczny za oknami Księżyc.
Jednak srebrzysta tarcza trwała nieruchomo na swoim miejscu na niebie, jakby tej nocy nie wydarzyło się nic szczególnego. Jack ze zrezygnowaniem przytulił księżniczkę, a gdzieś w jego głowie kołatała myśl, że to ostatnie pożegnanie. Lecz zanim przyjął to do wiadomości, wyczuł delikatne bicie dziecięcego serduszka i płytki, ale regularny oddech. Większej ulgi niż w tamtym momencie nie poczuł nigdy w życiu. Wziął Elsę delikatnie na ręce i ruszył obszernym korytarzem w kierunku niebiesko-różowej komnaty. Ostrożnie przekroczył drzwi, zręcznie wymijając rozrzucone po podłodze szmaciane lalki, drewniane koniki i pluszowe misie. Następczyni tronu zawsze bawiła się do późna, ale niemal nigdy po sobie nie sprzątała, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby, skoro następnego dnia znów zrobi bałagan. Tej dziecięcej tezy nie mogli obalić nawet jej rodzice, uparcie twierdzący, że w nocy zabawki powinny spoczywać w wielkiej skrzyni pod oknem. Frost ułożył księżniczkę w błękitnym łóżku z baldachimem i jedwabną pościelą. Przykrywając ją kołdrą z ludowym, kwiatowym wzorem, zauważył, że lód na jej skórze powoli topnieje. Poczuł lekkie, ale uporczywe ukłucie niepokoju. Niemożliwym było, aby Elsa obudziła się rano tak jak co dzień i zajęła się swoimi sprawami, nie odczuwając konsekwencji zamarznięcia. Jednak białowłosy wiedział, że nie może wiele zwojować, więc postanowił pozostawić ją pod opieką Księżyca. Rzucił małej przyjaciółce, ostatnie tej nocy, długie spojrzenie i wyleciał przez okno. Mimo tego, że ufał srebrzystemu przewodnikowi nocnego nieba, Jack wylądował na drzewie, kilka metrów od kamiennej ściany zamku, aby móc obserwować sytuację. Usiadł na jednej z grubszych gałęzi i czekał, wpatrując się w gwiazdy, aż te zaczęły blednąć na tle pomarańczowego nieba. Wschód słońca i kolejny dzień, który rozpoczął poddenerwowany krzyk królowej Arendelle.
– O mój Boże, moja córeczka!
Księżniczka obudziła się na dźwięk głosu matki i leniwie otworzyła oczy. Spojrzała zaspana na rodzicielkę, jednocześnie próbując sobie przypomnieć, co wydarzyło się w nocy podczas zabawy z Frostem i jak trafiła do swojego pokoju. Nie rozumiała, dlaczego władczyni stała kilka metrów od jej łóżka i patrzyła na nią z przerażeniem w ciemnych oczach, zasłaniając usta dłońmi, jakby coś zmuszało ją do krzyku. Po chwili do komnaty wszedł ojciec Elsy, w pierwszej kolejności kierując się do żony.
– Wszystko w porządku, moja droga? – zapytał z troską w głębokim głosie, nieco zachrypniętym od częstych przemówień. – Nie możesz się denerwować, jesteś w ciąży – odruchowo spojrzał na brzuch kobiety, który był już mocno zaokrąglony.
Za trzy miesiące na świat miał przyjść albo Ludmił Kazimierz Bogumił V, odziedziczając imiona po dziadku, albo Anna Samanta Eryka I. 
– Spójrz na naszą córeczkę – królowa drżącym palcem wskazała księżniczkę, która gramoliła się z pościeli z zamiarem przywitania rodziców ciepłym uściskiem.
Jednak ton głosu matki zatrzymał ją w miejscu. Rodzice patrzyli na nią, jakby była obcym człowiekiem. 
– O-o co chodzi? – spytała przestraszonym głosem, mając ochotę schować się przed ich wzrokiem z powrotem pod kołdrą.
– Elso, coś ty zrobiła? – to była jedyna odpowiedź, jaką dostała od króla.
Następczyni tronu, kierując się przeczuciem, spojrzała w lustro wbudowane w drzwi zdobionej szafy. W jego tafli nie odbijała się drobna szatynka o brązowych oczach, tak jak to być powinno. W szkle stała zdumiona, niebieskooka dziewczynka o bardzo bladej cerze, której fale jasnoblond włosów opadały splątanymi kosmykami na ramiona. Księżniczka poruszyła nerwowo dłonią, sprawdzając czy odbicie na pewno należy do niej. Jednak ono powtórzyło bezbłędnie jej ruch. Gdzieś w głębi serca następczyni tronu podobał się nowy wygląd, ale jednocześnie czuła, że w niekontrolowany sposób odłącza się od rodziny.
– Ja n-nie wiem jak... – wybełkotała, czując na sobie zaniepokojony wzrok rodziców.
Od dalszych wyjaśnień wybawiły ją krzyki pokojówek i wpadnięcie jednej z nich do komnaty. 
– Panie... – oddychała ciężko jak po długim biegu, a w jej oczach malowało się przerażenie, które dostrzegła chyba jedynie Elsa.
– Elizabeth, rozumiem, że to dopiero trzeci dzień twojej pracy tutaj, jednak pukanie do drzwi i opanowanie to podstawy, jeśli chcesz utrzymać posadę – stwierdził spokojnym, ale surowym tonem władca Arendelle.
– Panie, nie ma czasu – młoda kobieta chciała powiedzieć coś więcej, ale zabrakło jej tchu.
– Na naukę zawsze jest czas, więc uspokój się, proszę, a potem wyjaśnij, co się dzieje.
– Pożar, panie! Na zamku wybuchł pożar! – wykrztusiła z trudem, na co twarz króla stężała.
– Wychodzimy, szybko! – zarządził, zwracając się do żony i córki.
Dla księżniczki pocieszeniem w tej okropnej sytuacji było, że sprawa jej przemiany z pewnością została odłożona daleko w czasie. Teraz biegła za rodzicami, przypominając sobie jak kilka godzin temu ślizgała się na łyżwach tym samym korytarzem, którym teraz uciekała. Wtedy śmiała się, a teraz miała tak poważny wyraz twarzy, że nikt nie powiedziałby, że ma zaledwie pięć lat. Mimo młodego wieku rozumiała powagę sytuacji, że może więcej nie zobaczy najlepszego przyjaciela, straci dom... Dziewczynka czuła w koniuszkach palców dziwną energię, która rozchodziła się po całym jej ciele. Za kilka minut miała dowiedzieć się, co ona ze sobą niesie.
– Masz strasznie zimne dłonie, kochanie – szepnęła królowa, kiedy dla dodania otuchy córce i sobie, złapała ją za rękę.
W oczach kobiety można było dostrzec zmęczenie, chroniła nie tylko siebie, ale także dziecko, które nieświadome spoczywało w jej łonie. Przynajmniej ono się nie bało. Portrety przodków spoglądały ponuro na szaleńczą ucieczkę potomnych, wisząc od lat na ścianach. Stare, dębowe drzwi z żelaznymi wzmocnieniami były kilka metrów przed nimi, za zakrętem prowadzącym do głównego korytarza. Minęli go i zatrzymali się w bezruchu. Władczyni Arendelle osunęła się nieprzytomna na ziemię od nadmiaru emocji i stresu. Mąż złapał ją, ręką obejmując jej talię, zanim kobieta uderzyła głową o ziemię i położył głowę ukochanej na kolanach. Elsa wpatrywała się w płonące wyjście, z drzwi zostały już jedynie resztki metalowych okuć. Płomienie zaczynały pochłaniać czerwony dywan biegnący aż do sali audiencyjnej. 
– To koniec? – rzuciła pytanie jedna z roztrzęsionych służących.
Król w zamyśleniu przyciągnął do siebie córkę, szukając w pamięci najbliższego alternatywnego wyjścia. Jasnowłosa niemal od razu wyrwała się w objęć, zaciskając dłonie w piąstki. Energia w jej ciele pulsowała, ogarniając całe ciało chłodem i poczuciem siły. Wystarczyło uwierzyć w pomoc Księżyca, przecież on był przy ludziach zawsze, nawet jeśli przyćmiony blaskiem Słońca.
– To nie koniec! – z zaciętym wyrazem twarzy tupnęła nogą, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
Gdy drobna stópka dziewczynki dotknęła ziemi, wypłynął spod niej lód, pokrywając cienką warstwą posadzkę i gasząc języki ognia, które dosięgły dywanu. Elsa, nie zważając na zdumione, a wręcz przerażone spojrzenia wokół siebie, stanęła naprzeciw szalejącego żywiołu ognia i wyciągnęła ręce przed siebie. Chwilę wpatrywała się w swoje palce, skupiając w nich energię. Wierzyła, że prowadzi ją sam Księżyc, kiedy z jej dłoni wystrzelił lód. Zacisnęła oczy, błagając, żeby jej moc okazała się na tyle silna, żeby zamrozić płomienie. Może gdyby Jack jej pomógł... Jednak białowłosy spał w najlepsze na gałęzi drzewa, nieświadomy tego, co się wokół niego działo. Niebezpiecznie przechylał się na prawą stronę, aż w końcu spadł na niższe konary, a następnie zdrowo rąbnął o ziemię. Gdyby nie pomoc wiatru i nieśmiertelność, zapewne skończyłby ze skręconym karkiem. Frosta otrzeźwił dopiero ból w sercu, kiedy ktoś przez niego przeszedł. Skrzywił się z zamiarem obrzucenia śmiałka śniegiem, jednak wygląd postaci przyprawił go o dreszcze rozchodzące się po plecach. Osoba wyglądająca na mężczyznę w młodym wieku, miała na sobie czarny płaszcz, pod szerokim kapturem błyszczały oczy, wyrażające złowrogi triumf. Jack powiódł za tym spojrzeniem, a widok zamroził mu krew w żyłach. Frontowa część zamku płonęła. Tak bardzo obawiał się śmierci Elsy, a stało się coś dużo gorszego. Postać w płaszczu zaśmiała się pod nosem i pobiegła w stronę portu, ale chłopak już nie zwracał na nią uwagi. Wpatrywał się w płomienie jak zahipnotyzowany, a jego przerażone źrenice odbijały je w wielokrotnym pomniejszeniu. W głowie kołatała mu myśl, że powinien lecieć tam i pomóc ludziom w niebezpieczeństwie, ale nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Bardziej niż ognia białowłosy bał się tylko nieprzeniknionych wód jezior. Biernie patrzył, jak języki ognia dosięgają drewnianych dachówek. Po Arendelle niosły się krzyki mieszczan, którzy rozpaczliwie biegali z wiadrami pełnymi wody.
– Wybacz, mała – to były jedyne słowa, które cichym i rozpaczliwym szeptem przebiły się przez jego strach.
Chciał uciec jak najdalej od pomarańczowego blasku. Jednak coś nie pozwalało mu uciec. Za bardzo martwił się o Elsę, by stchórzyć i odlecieć. Jak mógłby jej to zrobić?





[rozdział i jego korekta napisana przez Amebę-chan]

8 komentarzy :